Uzdrowienie prapraprawnuka

Cud uznany do beatyfikacji

Kalendarium wydarzeń

Uzdrowienie, uznane za cudowne za wstawiennictwem Czcigodnej Sługi Bożej matki Celiny Borzęckiej, założycielki zgromadzenia zmartwychwstanek, wydarzyło się w rodzinie Magdaleny Mecherzyńskiej-Wiktor i Adama Wiktora w Krakowie. Pani Magdalena jest wnuczką Celiny Borzęckiej w czwartym pokoleniu. Tej wyjątkowej łaski doznał ich syn Andrzej, mistrz Polski we wspinaczce sportowej (ur. 11 IX 1984 r. w Krakowie).

Uzdrowiony Andrzej Mecherzyński-Wiktor

20 VII 1999, wtorek
Trwają przygotowania do młodzieżowych mistrzostw świata we Włoszech. Andrzej po południu ćwiczy w klubie na ścianie wspinaczkowej w hali w Krakowie wraz z kolegami. W drugiej części hali trwa remont. Ćwiczenia chłopców trwają długo. Wychodząc z klubu po godz. 21, Andrzej zauważa pozostawione przez murarzy liny, po których wciągają oni na górę wiadra z zaprawą. Postanawia wspiąć się po nich tzw. kominem. Koledzy słyszą po chwili, jak Andrzej spada z wysokości 3-4 metrów na ziemię. Upadek wydaje się pozornie niegroźny. Koledzy wzywają pogotowie i informują o wypadku jego rodziców, którzy od razu przybywają na miejsce. Jest już pogotowie.
Nieprzytomny Andrzej zostaje przewieziony do Szpitala im. Rydygiera w Krakowie. Specjaliści stwierdzają postępujący obrzęk mózgu. Aby zminimalizować skutki uszkodzeń, chłopiec zostaje wprowadzony w śpiączkę farmakologiczną. Następnie przeprowadza się badania, w tym tomografię głowy. Stwierdza się wstrząśnienie mózgu i cechy złamania podstawy czaszki. Andrzej, oddychający za pomocą respiratora, zostaje umieszczony na oddziale intensywnej terapii. Lekarze nie potrafią przewidzieć, jakie mogą być skutki wypadku. Trzeba liczyć się według nich z konsekwencjami najbardziej tragicznymi.

21 VII 1999, środa
Andrzej miał zaplanowaną na dziś służbę ministranta w kościele św. Wojciecha na Bronowicach w Krakowie. Rodzice informują księdza proboszcza Józefa Caputę za pośrednictwem kolegi o wypadku Andrzeja i proszą o modlitwę w jego intencji, a sami udają się do szpitala. Andrzej znajduje się w stanie śpiączki po badaniach, które wykazały wstrząśnienie mózgu, obrzęk mózgu, krwiak z lewej strony, złamanie z lewej strony z krwią w systemie lewego ucha. Lekarze informują, że stan jest bardzo ciężki, może się wydarzyć wszystko, prawdopodobne jest powiększanie się obrzęku i związane z tym otwarcie czaszki (odbarczanie). Po południu rodzice składają wizytę księdzu proboszczowi z prośbą o Mszę Świętą w intencji Andrzeja.
Siostra Maria Władysława Doskocz, zmartwychwstanka, mieszkająca w domu zakonnym na krakowskich Bronowicach i utrzymująca stały kontakt z rodziną Celiny Borzęckiej, proponuje modlitwę sióstr w intencji Andrzeja za wstawiennictwem założycielki zmartwychwstanek, kandydatki na ołtarze i krewnej państwa Mecherzyńskich-Wiktorów. Siostra mówi: „Tu może pomóc tylko matka Celina”. Rodzice Andrzeja bardzo serdecznie proszą siostry o taką modlitwę w zaistniałej tragicznej sytuacji.

22 VII 1999, czwartek
Od siostry Marii Władysławy rodzice dowiadują się o rozpoczęciu nowenny przez całe Zgromadzenie Sióstr Zmartwychwstanek do matki Celiny w intencji Andrzeja. Oni sami również gorąco polecają prapraprababce życie i zdrowie swego syna.
Stan chorego pozostaje bez zmian. Obrzęk mózgu nie powiększył się. Po odstawieniu środków farmakologicznych następuje nieudana próba wybudzenia Andrzeja. Zachodzi obawa poważnych konsekwencji. Lekarze mówią o planowanych dalszych wybudzeniach – mają nadzieję na skuteczne wybudzenie chłopca do soboty.

23 VII 1999, piątek
Stan Andrzeja pozostaje bez zmian. Próby wybudzenia kończą się niepowodzeniem. W rozmowach z lekarzami daje się zauważyć ich wzrastający niepokój.

24 VII 1999, sobota
Andrzej nadal pozostaje w stanie śpiączki. Obawa rodziców rośnie. Lekarze uprzedzają, że po ewentualnym wybudzeniu możliwe są różne zaburzenia neurologiczne oraz zaburzenia słuchu lub jego utrata. Nie należy liczyć na brak jakichkolwiek przykrych konsekwencji w stanie zdrowia chłopca. Może nastąpić niedowład kończyn, stany utraty przytomności, padaczka. Prawie nigdy krwiak umiejscowiony w takim miejscu w mózgu nie wycofuje się bez uszkodzenia narządu słuchu, przynajmniej częściowego. Trzeba również wziąć pod uwagę możliwość pozostawania w stanie śpiączki przez czas nieokreślony.

25 VII 1999, niedziela
Nadal bez zmian.

26 VII 1999, poniedziałek
Przed południem następuje nieudana próba wybudzenia. Niepokój lekarzy wzrasta. Po południu udaje się wybudzić Andrzeja. Chłopiec oddycha bez wspomagania. W obecności rodziców odzyskuje przytomność, otwiera oczy, odpowiada sensownie na pytania. Jest bardzo senny i zmęczony, ale przytomny. Nie pamięta, co się z nim działo po upadku.

27 VII 1999, wtorek
Andrzej jest całkowicie przytomny, ruchliwy, można z nim nawiązać doskonały kontakt. Jest lekko rozdrażniony. W czasie wizyty lekarskiej pyta o to, kiedy będzie mógł się wspinać. Rozmawia z kolegą przez telefon komórkowy. Odwiedza go para przyjaciół. Przyjmuje doustnie pierwsze pożywienie.

28 VII 1999, środa
Następuje wyraźna poprawa samopoczucia chorego. Andrzej jest wesoły, nudzi się w łóżku. Dalsze leczenie planowane jest na oddziale neuroortopedii. Chłopiec oczekuje na wolne łóżko. Lekarze są zaskoczeni bardzo dobrym stanem Andrzeja, lecz przypominają o możliwych zagrożeniach. Konieczne będzie zachowanie dużej ostrożności po zakończeniu leczenia szpitalnego.

29 VII 1999, czwartek
Dziś przypada ostatni dzień nowenny zgromadzenia zmartwychwstanek za wstawiennictwem matki Celiny. Andrzej nieoczekiwanie zostaje wypisany ze szpitala do domu, bo dalsze leczenie szpitalne jest niepotrzebne. Stan ogólny chłopca jest dobry; chodzi on samodzielnie. Lekarze informują, iż powinien on prowadzić oszczędny tryb życia, przyjmować przepisane lekarstwa, przybyć na kontrolę do szpitala za dwa tygodnie. Szczęśliwym rodzicom mówią: „Nam nie dziękujcie, dziękujcie siłom wyższym”.
W domu odwiedzają Andrzeja koledzy i nie wierzą, że właśnie wyszedł on ze szpitala. Chłopiec jest w świetnej formie, jakby wypadku w ogóle nie było. Długotrwała rehabilitacja, zapowiadana przez lekarzy, okazuje się niepotrzebna. Na wieść o tym siostra Maria Władysława wykrzykuje: „Magdaleno, wy chyba przesadziliście… no, chyba że to był cud!”.

5 VIII 1999, czwartek
Andrzej już uczestniczy po wypadku we Mszy Świętej w kościele parafialnym.

13 VIII 1999, piątek
Andrzej pierwszy raz po wypadku służy jako ministrant do Mszy Świętej (17. rocznica ślubu jego rodziców).

15 VIII 1999, niedziela
Andrzej z rodziną jedzie do Kęt i na ręce matki generalnej Dolores Stępień CR składa podziękowania dla wszystkich sióstr zgromadzenia za modlitwy w jego intencji. Wszyscy razem nawiedzają grób założycielki zmartwychwstanek, który znajduje się w krypcie pod kaplicą w klasztorze Sióstr Zmartwychwstanek w Kętach (3 IV 2001 r. szczątki matek Celiny i Jadwigi Borzęckich przeniesiono do pobliskiego kościoła parafialnego pw. Świętych Małgorzaty i Katarzyny). Rodzice Andrzeja opowiadają o ogromnej łasce, której rodzina doznała za wstawiennictwem matki Celiny.

            kontrola po dwóch tygodniach w szpitalu
Wszystkie badania kontrolne wykazują dobry stan zdrowia Andrzeja. Nie stwierdza się żadnych negatywnych skutków wypadku. Nie wystąpiły zaburzenia neurologiczne ani laryngologiczne, których się spodziewano.

            po dwóch latach
Przypadek niewytłumaczalnego z punktu widzenia medycyny całkowitego wyzdrowienia po groźnym wypadku Andrzeja Mecherzyńskiego-Wiktora zostaje zakwalifikowany do dokładnego przebadania w procesie beatyfikacyjnym Czcigodnej Sługi Bożej Celiny Borzęckiej jako domniemany cud uczyniony za jej wstawiennictwem. Badania trwają prawie rok, są bardzo intensywne i wszechstronne. Jak mówi pan Wiktor, pytania trybunału są tak dociekliwe, że można wątpić, czy ten przypadek zostanie uznany za cudowny. Świadek w procesie beatyfikacyjnym, prof. dr hab. Edmund Szwagrzyk, neurochirurg, stwierdza, iż wyzdrowienie Andrzeja jest najbardziej niezwykłym i niewytłumaczalnym przypadkiem w jego długoletniej praktyce. Mówi: „Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktoś po tak ciężkim urazie głowy wprost z intensywnej terapii poszedł do domu”.

16 XII 2006
Zostaje podpisany dekret zatwierdzający cud uzdrowienia za przyczyną Czcigodnej Sługi Bożej Celiny chłopca, który należy do jej rodziny w piątym pokoleniu.
Andrzej nadal uprawiał wspinaczkę.

Relacji rodziców: Magdaleny Mecherzyńskiej-Wiktor i Adama Wiktora
wysłuchała siostra Maria Władysława Doskocz CR

Ciekawy przypadek

Agnieszka Jarosz z rodzicami

Moja historia to opis prawdziwego cudu, którego doświadczyłam za pośrednictwem Błogosławionej Celiny Borzęckiej 27 lutego 2007 roku na oddziale patologii ciąży w szpitalu przy ul. Kopernika 13 w Krakowie.

To wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie moi rodzice – Ewa i Krzysztof Pyrda, którzy dali mi życie i wychowali w wierze katolickiej. Szczególnie moja mama od najmłodszych lat wpajała mi miłość do Boga; wraz z siostrą Agnieszką i bratem Przemkiem zabierała nas na wszystkie roraty, różaniec, majówkę, czerwcowe. Jeździliśmy razem z nią do Kalwarii Zebrzydowskiej na Niedzielę Palmową w Wielkim Tygodniu i na Wniebowzięcie. To ona zapisała mnie do kęckiego przedszkola sióstr zmartwychwstanek. Zawsze mi powtarzała: „Bądź dobra! Ufaj Bogu!”. Te słowa stały się moją dewizą w życiu, w którym wiele wycierpiałam, ale nigdy nie uległam strachowi, wiedząc, że w najtrudniejszym momencie nie pozostanę sama.

Agnieszka Jarosz

Nazywam się Magdalena Pyrda-Jarosz, mam 34 lata i od urodzenia cierpię na bardzo rzadką chorobę genetyczną, tzw. chorobę von Willebranda. Wraz z siostrą odziedziczyłam ją po naszym tacie, choć przypadłość ta najczęściej występuje u mężczyzn. W mojej krwi nie ma czynnika odpowiedzialnego za krzepnięcie krwi. Każdy uraz, zabieg czy operacja oznaczał dla mnie wyrok śmierci. W młodości moja choroba nie została zdiagnozowana, nie istniały na nią lekarstwa, nie było lekarzy specjalistów w tej dziedzinie. Moja mama truchlała przy każdym moim skaleczeniu czy krwotoku z nosa. Dziś mimo technologii i bardzo drogich leków jest to nadal choroba śmiertelna. W Polsce mieszka ok. 200 osób dotkniętych tą chorobą.

Agnieszka Jarosz

Mimo zagrożeń, ciągłych zasinień ciała i bólu związanego z wylewami krwi do stawów, starałam się zawsze żyć w sposób normalny. Skończyłam filologię germańską i sześcioletnie magisterskie studia teologiczne w Bielsku-Białej. Od 12 lat prowadzę zajęcia dydaktyczne w Zespole Szkół Gimnazjalnych nr 1 w Kętach, przez 12 lat tańczyłam w Zespole Pieśni i Tańca „Nadwiślanka” (obecnie zespół „Kęty”), do którego zresztą należy też moja mama. Byłam harcerką, wiele razy pieszo pielgrzymowałam do Częstochowy i Kalwarii, często udzielałam się w Pomocy Maltańskiej jako pomoc medyczna lub tłumacz. Uprawiam również sport: jeżdżę na nartach i łyżwach, należę do koła cyklistów, objechałam na rowerze cały Borholm. Kocham góry, zdobyłam słowackie Rohacze i polskie Rysy.

Agnieszka na procesji Bożego Ciała

Agnieszka z mamą na procesji Bożego Ciała

 

Pragnęłam żyć normalnie, usiłowałam nie poddawać się chorobie, ufałam Bogu i modliłam się. Dziękowałam Mu za każdy dzień. Kocham przyklasztorny kościół Ojców Reformatów w Kętach, gdzie od małego dziecka sypałam kwiaty podczas obchodów dziewięciu wtorków ku czci św. Antoniego. Tam też śpiewałam w scholi, pomagałam ubierać kościół i szopkę, a także ciemnicę i grób Pański. Włączałam się także w prace porządkowe w tej świątyni: myłam podłogi i okna. Szczególnie uwielbiałam dbać o figurę św. Antoniego, która stoi w grocie przy murze klasztornym. Co wtorek biegałam na Msze św. ku czci Świętego z Padwy i modliłam się do niego o znalezienie dobrego męża. I wymodliłam sobie cudownego człowieka – mojego męża i ojca Agusi – Marcina. Gdyby nie on, byłoby mi bardzo trudno, a tak razem stawiamy czoło mojej i dziecka chorobie…

Agnieszka Jarosz z mamą

Jako młode małżeństwo bardzo pragnęliśmy mieć dziecko, jednak każdy lekarz odradzał mi ciążę. Ja jednak położyłam ufność w Bogu. Po pół roku zaszłam w ciążę. Byłam najszczęśliwsza na świecie. Kobieta w ciąży to najpiękniejsza kołyska w rękach Boga – powiedział mi pewien kapłan podczas spowiedzi. Cieszyłam się bardzo, ale od samego początku czułam w sercu, że coś jest nie w porządku. Mój stan zdrowia bardzo się pogorszył, drastycznie spadł mi poziom płytek krwi. Żaden z lekarzy nie zgodził się mnie przyjąć i leczyć: ani w Bielsku-Białej, ani w klinice w Bytomiu.

Agnieszka Jarosz w Zakopanem

W taki sposób trafiłam do Krakowa na oddział patologii ciąży, gdzie przyjmowano tylko beznadziejne przypadki. Byłam szczęśliwa, że akurat na moim piętrze znajdowała się mała kaplica, do której co wieczór wymykałam się na Eucharystię. Modliłam się gorąco i składałam swe życie w ręce Boga. Moja córeczka miała przyjść na świat 1 kwietnia 2007 roku, w Niedzielę Palmową. Niestety działo się ze mną coraz gorzej. Lekarze rozkładali ręce, nie pomagały mi najdroższe lekarstwa z Austrii. Byłam cała sina od ciągłych kroplówek, przetoczeń krwi, osocza i płytek. Pielęgniarki nie mogły się wkłuć do moich żył, które były już całe w zrostach. Miałam obolały każdy centymetr mego ciała, ale walczyłam o każdy dzień. Jakże pragnęłam, by Agusia nabrała sił, jeszcze trochę urosła, by miała większe płucka itd. W pewnym momencie nie można było już dłużej czekać z porodem; ponad miesiąc wcześniej niż planowano Agnieszka przyszła na świat przez cesarskie cięcie.

Agnieszka Jarosz w Zakopanem

Córeczka moja urodziła się 27 lutego 2007 roku, we wtorek, czyli w dzień poświęcony św. Antoniemu. Początkowo wszystko przebiegało prawidłowo; niestety dobę później stan mego zdrowia bardzo się pogorszył. Jako jedyna pacjentka w dziejach kliniki przeżyłam rzucawkę, zespół HELP i krwotok. Specjaliści z zagranicy, którzy przez internet konsultowali mój przypadek z profesorami z kliniki, nie dawali mi ani jednego procenta szansy na przeżycie. Tej samej nocy pewne kobiety – w USA i w Hiszpanii też doświadczyły po porodzie zespołu HELP; obie go nie przeżyły. A ja pewnie podzieliłabym ich los, gdyby nie Msze Święte i modlitwy sióstr zmartwychwstanek, klarysek, mojej rodziny i przyjaciół.

To za przyczyną Błogosławionej Celiny Borzęckiej żyję. Modliły się za mnie siostry zmartwychwstanki także w Rzymie. Profesorowie kliniki byli zdumieni, że przeżyłam i tak szybko doszłam do siebie. Z punktu widzenia medycyny było to niemożliwe; to cud – powtarzali. Do dziś mój przypadek stanowi obiekt zainteresowania na sympozjach lekarskich; był on też tematem pracy habilitacyjnej. Tak więc dzięki Celinie Borzęckiej przydałam się również nauce. Może to uratuje komuś życie?

Leżałam w szpitali ponad cztery miesiące, Aga dwa, ponieważ i ona odziedziczyła po mnie chorobę von Willebranda. W pewnym momencie było z nią bardzo źle. Niewiele pamiętam z tego okresu, gdyż siedem dni przebywałam w śpiączce, zażywałam morfinę, wyszły mi po lekarstwach włosy, straciłam pokarm, miałam rozcięty brzuch wzdłuż i wszerz na ponad 20 cm, a rana do tej pory nie zagoiła się. Ciągle przypomina mi ona o wielkim cierpieniu, ale także o niesłychanej radości, bo żyję i jestem mamą.

Agnieszka Jarosz

Gdy tylko odzyskałam przytomność, zapragnęłam ochrzcić Agusię. Na prośbę sióstr zmartwychwstanek z Rzymu nadałam jej drugie imię – Celina. Agnieszka Celinka Jarosz została ochrzczona w Wielki Wtorek, 3 kwietnia 2007 roku, w kaplicy na oddziale patologii ciąży w krakowskim szpitalu przy ul. Kopernika. W tej uroczystości uczestniczyła cała moja rodzina, znajomi, pielęgniarki i lekarze, którzy nas dobrze znali i radowali się naszym życiem i szczęściem. Po chrzcie przeżyłam kolejny cud – zły stan zdrowia córeczki z dnia na dzień się polepszał. Poziom płytek krwi wolno szedł w górę, a wyniki badań okazywały się coraz lepsze. Jak na wcześniaka, dziewczynka była duża i silna. Wreszcie po prawie pięciu miesiącach (wraz z Wielkanocą) spędzonych w szpitalu wypisano mnie do domu. Od razu pojechałam do Kalwarii, aby podziękować Bogu za wszystko.

Agnieszka Jarosz

Dziś Agusia ma prawie cztery latka, jest słodkim, dobrym i mądrym dzieckiem. Chodzi do przedszkola sióstr zmartwychwstanek w Kętach, tak jak kiedyś jej mama. Wiem, że tam jest bezpieczna, bo znajduje się najbliżej Błogosławionej Celinki Borzęckiej. Nad łóżkiem mojej córeczki wisi mały obrazek Błogosławionej, który przywiózł jej dziadek ze Mszy Świętej beatyfikacyjnej z Rzymu.

Wiem, że jeszcze wiele bólu i cierpień zdarzy się w życiu moim i Agusi. Jestem tego świadoma, ale wiem również, że nie jesteśmy same. Czujemy szczególną więź z Celiną Borzęcką – to nasza „prywatna” Święta. Wiem, że nas widzi i słyszy, codziennie otacza opieką i oręduje u Boga. Jestem szczęśliwa, że posiadam wspaniałą rodzinę, dziecko, pracę i że zawdzięczam to jej – mojej Celince – dla mnie Świętej Celinie Borzęckiej. Dziękuję ci za życie, zdrowie i orędownictwo u Boga!

Magdalena Pyrda-Jarosz

Urodziłam szczęśliwie Celinkę[1]

Celinka Kierzek po urodzeniu

Kiedy zorientowałam się, że jestem w stanie błogosławionym, udałam się do lekarza na pierwsze badanie kontrolne. Było to dnia 1 czerwca 2000 roku. Podczas wykonywania USG najpierw zobaczyłam uśmiech lekarza, ale chwilę później jego twarz zupełnie się zmieniła; stał się bardzo poważny. Zrozumiałam, że coś jest nie w porządku. Zapytałam lekarza, co się dzieje, a on odparł, że widzi centymetrowego dzidziusia i słyszy bicie jego serduszka. Chwilę później usłyszałam słowa, których nie zapomnę do końca życia: „Mamy poważny problem… Na prawym jajniku jest guz wielkości 5 na 8 cm. Jeśli będzie on nadal rósł, będziemy musieli operować”. Następnie skierował mnie na badania krwi na obecność komórek rakowych. Wynik okazał się bardzo zły – norma została trzykrotnie przekroczona. A ja zdawałam sobie sprawę z tego, że zarówno moje życie, jak i życie mojego dziesięciotygodniowego dziecka jest zagrożone.

Celinka Kierzek

Tego, co wtedy przeżywałam, nie da się opisać. Strasznie się bałam o moje nienarodzone dziecko, o syna, który miał wówczas pięć lat, i o samą siebie. Rozpaczliwie płakałam… Nie mogłam logicznie myśleć. Wtedy moja mama pobiegła do klasztoru Sióstr Zmartwychwstanek i poprosiła o modlitwę w mojej intencji. Siostra Teresa Dorota Kowalczyk, przełożona domu zakonnego w Kętach, zaproponowała, że siostry rozpoczną modlitwy za wstawiennictwem matki Celiny Borzęckiej. Mama zadzwoniła do sióstr do Rzymu i one też rozpoczęły nowennę.

Celinka i Kuba Kierzek

Któregoś dnia poczułam bardzo silny ból po prawej stronie brzucha. Nie przyznałam się nikomu do tego, tylko zwinęłam się w kłębek i zasnęłam. Następnego dnia obudziłam się i nic mnie już nie bolało. Kiedy pojechałam do lekarza po dokumentację i skierowanie do onkologa, powiedziałam mu o wszystkim, co się wydarzyło. Wówczas lekarz szybko zrobił mi badanie USG, które wykazało, że guz zmniejszył się o połowę. Lekarz, zdziwiony, powiedział: „Nie wiem, co się dzieje, ale w tym momencie odstąpiłbym od operacji. Ponieważ jednak wyniki nadal są złe, proszę pojechać do onkologa na konsultację”. Specjalista onkolog w Krakowie stwierdził, że nie wyczuwa żadnego guza i na pewno w chwili obecnej nie jest potrzebna żadna operacja. Kazał mi za miesiąc powtórzyć USG i badanie krwi. Po miesiącu guza praktycznie nie było, a wyniki krwi okazały się bardzo dobre.

Agnieszka i Celinka – obie uzdrowione dziewczynki

Potem mogliśmy już spokojnie z wielką radością obserwować, jak w moim łonie rośnie dzieciątko. Postanowiłam sobie wtedy, że jeśli urodzę dziewczynkę, to w podziękowaniu za wstawiennictwo matki Celiny – bo dla mnie od początku było jasne, że to dzięki niej doznałam cudu – nazwę córeczkę Celinką. I tak też się stało. Dnia 12 stycznia 2001 roku urodziłam szczęśliwie dziewczynkę – Celinkę. Na drugie imię ma Maria, ponieważ oddaliśmy ją pod opiekę Matce Najświętszej.

Małgorzata Kierzek

[1] Zob. Miesięcznik Rodzin Katolickich „Nasza Arka” 11 (83)/2007, s. 17; rozmowę z Małgorzatą Kierzek przeprowadzili: Małgorzata Pabis i Franciszek Mróz.