Moje spotkania z Błogosławioną Celiną

„«W Bogu na zawsze szczęście» – szepnęłaś nam jak hasło,
odchodząc już do Pana w wieczności drogę jasną;
«W Bogu na zawsze szczęście» – słów Twych, o matko, echo
wśród nocy walk i pokus jest tarczą i pociechą.
W Bogu i tylko w Nim – nie ścichnie chwały hymn. Alleluja!”

Sgraffito w Wieczerniku na Jasnej Górze

Ta pieśń, śpiewana przez siostry zmartwychwstanki, wpisała się w moją pamięć wraz ze wspomnieniem mego przyjazdu do domu nowicjatu w Kętach. „W Bogu na zawsze szczęście” – to jedne z ostatnich słów, jakie przekazała przed śmiercią błogosławiona matka Celina Borzęcka, założycielka Zgromadzenia Sióstr Zmartwychwstania Pańskiego, której portrety – jako starszej, poważnej zakonnicy – wisiały w wielu pomieszczeniach klasztoru.

„W Bogu na zawsze szczęście” – zaśpiewały młode zmartwychwstanki, gdy otrzymywałam u progu życia zakonnego welonik aspirantki (teraz nawet postulantki nie noszą już weloników, a okres aspiratu dawno wyszedł z mody). Dostojna i nieco smutna melodia tej pieśni przyczyniła się niechybnie do tego, że mojej mamie popłynęły łzy z oczu i powiedziała: „Ubrali cię w grobie!…”. Bo właśnie „w grobie”, w krypcie grobowej, gdzie umieszczono sarkofagi obu naszych matek, Celiny i Jadwigi Borzęckich, tradycyjnie odbywała się przez długie lata „inauguracja” życia zakonnego, choć w tak skromnym wymiarze jak przyjęcie do aspiratu. Na grobowcach stały oprawione w ramki fotografie założycielek – Celina spojrzała na mnie, młode dziewczę z ukrytymi już „na zawsze” pod welonikiem warkoczami, trochę surowym i badawczym wzrokiem matczynej troski. W jakiś sposób odczułam wówczas, że ona „jest”. Takie było moje pierwsze spotkanie z matką Celiną – naznaczone łzami mojej mamy i moim śmiechem (chyba niezbyt odpowiednim na tę okazję), czemu towarzyszyło owo „W Bogu na zawsze szczęście”, brzmiące jak obietnica i nakaz, jak reguła życia i „złota zasada” każdego działania, jak zaklęcie otwierające bramę nieznanych przeżyć duchowych i jak pieczęć postawiona na wszelkiego rodzaju ludzkim szczęściu.

Krypta pod kaplicą w Kętach – do 2001 r

Do krypty, znajdującej się pod kaplicą domu nowicjatu w Kętach, chodziłyśmy codziennie po obiedzie. Zapalałyśmy lampy elektryczne, a także świece stojące na kamiennych sarkofagach matek, zapełniałyśmy czarnymi welonikami aspirantek i postulantek oraz białymi welonami nowicjuszek niewielkie wnętrze „grobu”. Te, które zjawiały się jako pierwsze, mogły uklęknąć na kilku stojących tam klęcznikach, reszta nas otaczała wieńcem klęczące i sarkofagi, a siostry profeski ustawiały się już za drzwiami krypty. Podczas tych „spotkań” z naszymi założycielkami przedstawiałyśmy – za ich wstawiennictwem – całe naręcza próśb własnych i cudzych – o zdrowie, o nawrócenie, w różnych sprawach rodzinnych, ale chyba najczęściej – o wierność powołaniu zakonnemu. Do krypty przychodziłyśmy też samotnie, jakby ukradkiem, w chwilach różnych nowicjackich udręk (których jest co niemiara w tym szczenięcym okresie zakonnym).

Celina Borzęcka – młoda mężatka

Powoli – zgodnie z programem formacji początkowej – poznawałam życie matki Celiny, jej młodzieńcze zamiłowanie do modlitwy, jej chęć zamknięcia się w zakonie wizytek i jej wewnętrzną cichą gorycz spowodowaną wyjściem za mąż, nakazanym przez rodziców. Muszę przyznać, że to ostatnie było dla mnie zupełnie niezrozumiałe – wyjść za mąż, bo tak sobie życzyli rodzice? No nie, to chyba wzięte „żywcem” z baśni o złej macosze, nawet uwzględniwszy okoliczności, że w XIX wieku jakoś tak pojmowano obowiązek posłuszeństwa względem rodzicieli (nawiasem mówiąc, rodzice często jaśniej umieją rozeznać, jak należy pokierować życiem swojego dziecka – ale to już moja refleksja daleko późniejsza, a nie z czasów moich 19 lat).

Tak więc brnęłam przez życiorys założycielki zmartwychwstanek, z zainteresowaniem oglądałam jej autentyczne fotografie, na których młoda panna Chludzińska, a potem – pani Borzęcka, ustrojona w suknie z mnóstwem falbanek i koronek (balowe? wizytowe?), upozowana na „pannę z dobrego domu” czy „poważną myślicielkę”, kierowała tęskny wzrok w bliżej nieokreśloną dal.

Celina Borzęcka

Na późniejszych zdjęciach coraz to starsza Celina, w koronie ciemnego warkocza nad czołem, a potem – w delikatnej koronkowej chuście na siwych już włosach – towarzyszyła moim rozważaniom nad początkami zgromadzenia i jej własnymi przejściami. Przeżywałam razem z tą dostojną panią jej „światowe” życie w dostatnim dworku w Obrembszczyźnie, u boku kochającego i kochanego (jednak!) męża. Wyobrażałam sobie bale i przyjęcia, na których Celina „bywała” zgodnie z wolą małżonka, jej dobroć i wspaniałomyślność względem służby i poddanych – to wszystko kojarzyło mi się z ową „falbankową” suknią i francuskimi lokami na głowie, było więc przyjemne jak obyczajowy film z dawnej epoki, jak powieść dla rozmarzonych nastolatek (np. Godzina pąsowej róży).

Ale sielankowe (w moim wyobrażeniu) życie zamożnej i pięknej szlachcianki zaczęło się mocno zarysowywać – oto umarło w dzieciństwie dwoje jej dzieci. „Czy pan w ogóle może sobie wyobrazić, co to jest stracić dziecko?” – usłyszałam kilka lat później nieco lekceważące pytanie pewnej pani profesor, skierowane na zajęciach do młodego studenta, który usiłował dokonać własnej, oczywiście odkrywczej interpretacji Trenów. O bólu młodej Celiny po śmierci dzieci nie możemy powiedzieć zbyt wiele… Dwie pozostałe córeczki pozwoliły się szczęśliwie odchować. Z wczesnymi dziejami młodszej z nich kojarzy mi się następna fotografia, na której młoda mężatka Celina, w ciemnej sukni (też z koronką i falbankami), trzyma na ręku małą Jadwinię – jakby pomniejszoną kopię siebie samej (także w aspekcie sukienki – choć jasnej – i falbanek).

To zdjęcie nawiązuje do faktu aresztowania Celiny wraz z córeczką wskutek wykrycia pomocy udzielanej przez panią Borzęcką powstańcom styczniowym. Uff! Ta nasza wciąż tragiczna historia Polski burzy sielankę życia państwa Borzęckich. A potem tę sielankę niszczy już sam Pan Bóg, można powiedzieć, własnymi rękami. Paraliż pana Borzęckiego zniweczył już na zawsze zwykłe rodzinne szczęście, „przewekslował” je niejako na inne tory. Oto na następnej fotografii łysiejący mężczyzna siedzi sztywno na fotelu ze wzrokiem nieruchomo utkwionym w przestrzeń, a kilkuletnia dziewczynka ruchem pełnym zatroskania opiera rękę na poręczy fotela. Młodziutka ta opiekunka razem ze swą matką będzie do końca szła drogą „przez krzyż i śmierć…”, jak to jest w naszym zmartwychwstańskim haśle.

Jadwinia z chorym ojcem

Krzyż choroby i śmierci pana Borzęckiego znów postawił Celinę „na rozdrożu”. Dziwne – myślałam, mając dwadzieścia kilka lat – ale jednak Pan Bóg przeprowadza swoje plany nawet (a może właśnie) na bazie tego niby bezsensownego posłuszeństwa w sprawie wyjścia za mąż. Celina razem z córkami udała się do Rzymu, a tam niby przypadkowo poznała ks. Piotra Semenenkę ze świeżo powstałego zgromadzenia zmartwychwstańców. I tak zaczęło się ścisłe kierownictwo duchowe, zależność w prawie wszystkich sprawach, zarówno duchowych, jak i codziennych: materialnych, majątkowych, dotyczących wyjazdów, kupna obrazów, wynajmu mieszkań itd. Taką zależność trudno mi było pojąć – no cóż, może to element ludzki w tym Bożym dziele, trochę denerwujący, ale na pewno nacechowany jakąś imponującą rezygnacją ze słusznego przecież własnego decydowania o swoich sprawach.

Celina Borzęcka

Gdy czytałam w młodości te ciągłe uwagi ks. Semenenki, że coś jest „zwrotem na siebie”, że wciąż trzeba się opierać „na miłosnym gruncie” i „nigdy nie wyrywać się z własną czynnością”, ale „oczyścić się przez znienawidzenie siebie samego”, to, przyznam, miałam ochotę na lekkie podrwiwanie z tego „ciągłego lękania się woli własnej”, jakby się było kaleką duchową. Ale moje rozbawienie trwało niedługo. Prędko odczułam z pewnym zaskoczeniem, że ten zmartwychwstaniec ma rację. Pominąwszy te nieco trącące myszką wyrażenia, czasem dla nas rzeczywiście zabawnie brzmiące, skonstatowałam, że „nędza, nicestwo i zepsucie” rzeczywiście swobodnie mieszkają w sercu każdego człowieka, a co mnie najbardziej zainteresowało i niezmiernie zdziwiło, a nawet zdenerwowało – że przebywają uparcie i niezachwianie w moim własnym sercu. Ksiądz Semenenko – już go słyszę – powiedziałby, że ten, kto się dziwi złu w swym wnętrzu, rości sobie pretensje do niepokalanego poczęcia. Ciekawe wyrażenie – i chyba trafne. Dlatego już z większą pokorą (pokora – „prawda o sobie”) zgłębiałam te zmagania matki Celiny ze swoim własnym „ja”.

Portret ks. Semenenki w muzeum w klasztorze w Rzymie

Następne spotkanie z założycielką zgromadzenia przeżyłam, czytając jej zapiski, notatki i listy. Przeważał w nich nastrój zilustrowany pierwszym członem hasła: Przez krzyż i śmierć…; do zmartwychwstania i chwały jawiło się niezwykle mgliście i niepewnie. Poprzez gąszcz smutków, narzekań, trosk i niepowodzeń Celiny brnęłam wytrwale, szukając jakichś chwil szczęśliwych, przeżytych w promieniach ludzkiej radości, pełnych zdrowej miłości do życia. Jakoś nie mogłam znaleźć. No cóż, byłam młoda i wierzyłam, jak to mają we zwyczaju wszyscy młodzi na całym świecie, że do mnie należy planeta Ziemia z okolicznym Księżycem oraz że należy mi się od życia szczęście i nieustająca radość. Więc jak na takie moje nastawienie, zbyt wiele było w życiu Celiny szarych kłopotów, tego borykania się ze zwykłymi ludzkimi przeciwnościami i tych nieefektownych walk z „miłością własną” i „czynnością własną” w duszy, wreszcie tej krępującej zależności od kierownika duchowego, może i świętego, ale tak okropnie niezdecydowanego, z których to kobiet kolejno uczynić ma zmartwychwstanki. Celina ze swą anielską cierpliwością wydawała mi się nieco naiwną i niesamodzielną (ruch emancypacji kobiet miał się wówczas dopiero narodzić).

List ks. Semenenki do Celiny – archiwum w klasztorze w Rzymie

Ale dość szybko odkryłam, że w sytuacjach granicznych Celina nie okazała się niedojdą niezdolną do energicznych decyzji. Gdy dowiedziała się o śmierci ks. Semenenki (wzywającego ją wcześniej z córką dla odmiany do Paryża, by wraz z pewną wizjonerką – w której widział „palec Boży” dla siebie – zapoczątkowały zmartwychwstanki), uznała to za rzeczywiście trudną wolę Bożą i wzięła sprawy w swoje ręce. Może gdyby nie to dramatyczne odejście kierownika duchowego, zmartwychwstanki by nigdy nie powstały?… Tak więc Celina pojechała do Rzymu i tam, wraz z córką, mozolnie budowała wspólnotę sióstr z tego, co przynosiło życie – młodych i starszych kobiet, które przychodziły, pozwalały się kształtować „na wzór zakonny” czy też nie, ceniły obie matki i ich starania lub wykazywały nieuleczalną postawę roszczeniową i negującą wszystko z samej zasady.

Figurka Celiny z Jadwigą w klasztorze w Rzymie

Nie można powiedzieć, że Celina z Jadwigą miały zbyt wiele pomocy i oparcia – choćby w „bratnim” zgromadzeniu zmartwychwstańców. Wręcz przeciwnie! Nie posądzając nikogo o złą wolę, trzeba przywołać np. słowa ks. Waleriana Przewłockiego, wyrażające ogólną opinię naszych braci na ten temat: „Z panią Borzęcką wielka bieda. Wlazła jej do głowy fundacja zakonu. Ani rusz wytłumaczyć. Próżność i pycha, a przy tym słabizna. Ofiara niepraktyczności poczciwego naszego śp. O. Generała Semenenki” [1]. Co do tej niepraktyczności generała, dziwnie niestabilnego w swoim zachwycie nad wciąż innymi „założycielkami zmartwychwstanek”, to zupełnie się z tym zgadzam (aż dziw, że Celina nie miała dość tych ciągłych zmian i nie powiedziała Semenence good bye), ale „słabizna” Celina szukała i znalazła pomoc gdzie indziej – u dostojników Kościoła, u przyjaciół, a przede wszystkim – w swoim sercu ufającym bez reszty Bogu i zahartowanym w bojach (także tych z podporządkowaniem siebie ks. Semenence). Nie, nie było Celinie łatwo w owe dni! Wśród grona odwracających się od pań Borzęckich zmartwychwstańców był też pewien „lubujący się w intrygach i ciągłym mąceniu” [2] – według wyrażenia Celiny (jego nazwiska nie wspomnę – niech odpoczywa w pokoju!). Takim to murom wrogości i szyderstwa musiała stawić czoła nasza założycielka.

Krucyfiks, na który patrzyła Celina w chwili śmierci – muzeum w Rzymie

Najciekawszy jest jednakowoż ciąg dalszy: Za kilka lat widzimy tegoż ks. Przewłockiego, który już jako generał zmartwychwstańców usilnie prosi „próżność i pychę” – Celinę o otwarcie placówki w Bułgarii, by wspomóc ich działalność na tamtym terenie. A z jakąż estymą odnosi się do „przewielebnej Matki”! Oferuje skrajnie ubogie warunki życia, ufając wielkoduszności tej „ofierze niepraktyczności” ks. Semenenki. Także kilka lat po nazwaniu jej „słabizną” poświęcił kaplicę w klasztorze w Kętach, który powstał właściwie jakimś cudem, dzięki upartemu dążeniu do celu tej „słabizny”, przy niedostatkach materialnych i ciągłych kłopotach. A ów ksiądz od intryg i mącenia też wkrótce został wielkim przyjacielem sióstr, goszczącym często w ich klasztorze w Kętach. Czy ci zakonnicy – i inni – jakoś przeprosili i wycofali wcześniejsze osądy i zniewagi? Nic o tym nie wiadomo. Może poznali „po owocach” „próżność i pychę”… Może sami zmądrzeli…

Matka Celina

A matka Celina? Nie ma w jej zapiskach czy listach jakichś żalów i wypominania wcześniejszego złego traktowania przez zmartwychwstańców. Przeciwnie – odnosi się do nich z niezmiennym zaufaniem i przyjaźnią. A wcześniej nawet w tamtych gorzkich chwilach zachowywała spokój pełen godności. „My przebaczamy, ale pamiętamy” – tak określa chyba właściwą w podobnych sytuacjach postawę jeden z najsławniejszych ludzi w dzisiejszej Polsce. A Celina? Nie pamiętała? Tu okazuje się jej imponująca wielkość. A może miała wyjątkowy talent postępowania z ludźmi, tak, by szukać tego, co łączy, nie tego, co dzieli? A może umiała uszanować czyjeś rozeznanie, osąd, dążenie, ambicję, zwłaszcza mężczyzn-zmartwychwstańców, którzy jak kulę u nogi traktowali na początku „panie Borzęckie”? Na pewno nie była to uległość „słabizny” – gdy było trzeba, jak lwica broniła (skutecznie) swoich racji, np. walcząc o prawo do nazwy „zmartwychwstanki”.

Krucyfiks, na który patrzyła Celina w chwili śmierci – muzeum w Rzymie

Również taką postawę – pokoju i niedopominania się o „swoje” – zajmowała w stosunku do innych zgromadzeń zakonnych, gdy dowiadywała się, że inne siostry objęły placówkę, na której jej samej zależało. Co więcej – gdy tylko doszło do niej, że inne siostry chcą zająć się pracą, którą ona sama chciała przyjąć, wycofywała się dyskretnie i bez pretensji, ufna, że Pan Bóg i zmartwychwstankom otworzy według swej woli jakieś pole działania.

 

Jeszcze na jednej płaszczyźnie moje spotkanie z Założycielką wzbudziło mój podziw. Niewątpliwie jej życie nosi znamiona przeżyć mistycznych [3], a jednocześnie Celina była kobietą niezmiernie praktyczną, roztropną i intelektualnie bystrą. Dyskutując listownie z córką na temat nowych inwestycji, zakupów działek budowlanych itp., podawała też kosztorysy – i to w kilku walutach, bez trudu przeliczając jedne na drugie. (Przy okazji można wyrazić podziw dla ówczesnej poczty: list Litwa-Rzym potrafił podróżować tylko trzy dni!). Jakże daleko nam do tego, nam, którzy jesteśmy wyposażeni we wszelkie urządzenia zwalniające nas z wysiłku liczenia czy kalkulowania.

Dzieci z ochronki w Kętach w kęckim ogrodzie

Celina przejawiała również niepospolity zmysł praktyczny i wyczucie estetyczne np. przy projektowaniu fartuszków dla dzieci z ochronki, dokładnie przedstawiając w liście liczbę falbanek i plisek. To już chyba geniusz epoki, strojącej niewiasty i dziewczątka w koronki, falbanki i inne akcesoria podkreślające ich wdzięki „tu i tam”.

Dzieciątko Jezus – figurka m. Celiny w muzeum w klasztorze w Rzymie

Minęły lata. Gdy Benedykt XVI podpisał zgodę na beatyfikację Sługi Bożej Celiny Borzęckiej, znów wybrałam się na „generalne” z nią spotkanie. Szukałam „dowodów” jej prawdziwego życia, długo zatrzymując się nad pamiątkami po niej zgromadzonymi w kęckim małym muzeum, a potem w większym – rzymskim. Patrzyłam na jej krzyż profesyjny (taki sam jak mój), oglądałam pamiątki zachowane przez nią z pietyzmem po ks. Semenence, dla którego zachowała mimo wszystko niezmienny szacunek i wdzięczność (np. buty – mocno zużyte i mało eleganckie, fotel, na którym zwykł zasiadać), przyglądałam się drobnym rzeczom osobistym matki Celiny (jak miseczka na drobne monety, koszyczek do robótek, nożyk, filiżanka, dzwoneczek), a także zauważyłam rzeczy ważniejsze – jak krzyż, w którego dużej podstawie przechowywano Najświętszy Sakrament w „świeckim” domu pań-sióstr pod Jasną Górą, ulubioną figurkę Dzieciątka Jezus czy włosiennicę, którą używała.

Pamiątki po bł. Celinie – muzeum w Kętach

Wertowałam kartka po kartce jej notatki i listy; próbowałam wniknąć w głębię jej odniesień do Boga, wyrażonych – prawda – językiem nieco sentymentalnym (może romantycznym) i archaicznym. Cierpliwie brnęłam przez wszystkie: „śniadowałyśmy”, „obiadowałyśmy”, „bytność Kardynała” itd. Zaznajamiałam się z jej codziennością w żmudnym dziele jakby tkania misternej materii życia zakonnego z różnorodnych, samowolnych „nitek” – każdej z przychodzących kandydatek, poszukujących – właściwie czego?… I widzę w tej osnowie szarej, chropowatej, pełnej nawet pomyłek i „zgubienia oczka” wątek przewodni zmartwychwstania i chwały, a zmartwychwstanie – jak wiadomo – dokonało się w sposób niezmiernie dyskretny, bez akompaniamentu toastów i wiwatów, bez okrzyków i powinszowań, ba, nawet bez świadków i protokołów…

Muzeum w klasztorze w Rzymie

I widzę, będąc w wieku, gdy matka Celina właśnie tworzyła pierwszą wspólnotę zmartwychwstanek („Tak to nauka z latami przychodzi” – jak stwierdził Mickiewicz w Panu Tadeuszu odnośnie do Telimeny, nie bez pewnej złośliwości), że była to kobieta mężna i mądra, że z całym bagażem własnego „ja”, uczuciowego i zatroskanego o wszystko, potrafiła osiągnąć to, do czego Bóg ją przeznaczył. Umiała też przyjąć coś nadzwyczaj trudnego – śmierć swojej nadziei – córki Jadwigi, swej pomocnicy, swej współpracownicy w dziele tworzenia nowej wspólnoty zakonnej. Nie można tego zrozumieć… I potrafiła podsumować swoją małość i wielkość, swoje cierpienia i nadzieje – jednym stwierdzeniem, które zapisała drżącą ręką w chwili śmierci dla swych córek duchowych: „W Bogu na zawsze szczęście”.

Matka Celina

Patrzę na jedną z ostatnich jej fotografii – starsza osoba o łagodnych, zatroskanych oczach, w naszym „starym” stroju zakonnym, który „uprościłyśmy” trzydzieści kilka lat temu, spogląda ze spokojem, jakby utrwalona w swoim stanie wiecznego już istnienia w Bogu. Welon i habit, które oblekają jej postać, to niejako osiągnięcia jej życia, znak, że dopełniło się w jej istnieniu to, co miało się dopełnić, mimo wszystko i poprzez wszystko. Jej srebrny krzyż profesyjny (niezmieniony do dziś) dźwiga hasło: Przez krzyż i śmierć do zmartwychwstania i chwały – zrównoważone w sposób doskonały, zakończone już na zawsze Boskim akcentem beatyfikacji, niebiańskiego święta, które Pan urządził swej wiernej służebnicy Celinie.

Kapliczka bł. Celiny w kaplicy w klasztorze w Rzymie

Relikwie bł. Celiny (kość) w kaplicy w Rzymie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

[1] Zob. P. Smolikowski, Dokumenty do historii Sióstr Zmartwychwstania P. N. J. Chr., Rzym 1920, s. 131.
[2] Por. referat prof. dr hab. Janiny Kostkiewicz Myśli o wychowaniu Matki Celiny Borzęckiej, sympozjum pt. Celina i Jadwiga Borzęckie: inspiracje duchowe i działalność społeczna matki i córki, Kęty, 29 X 2016 r.
[3] Zob. referat ks. prof. dr. hab. Stanisława Urbańskiego Życie mistyczne bł. Celiny Borzęckiej, sympozjum pt. Celina i Jadwiga Borzęckie: inspiracje duchowe i działalność społeczna matki i córki, Kęty, 29 X 2016 r.

Wizyta Jana Pawła II w klasztorze Zmartwychwstanek w Rzymie

s. Elżbieta Maria Płońska CR